wtorek, 9 czerwca 2015

Our name is Alice - Rozdział pierwszy.

Our name is Alice
I
Słońce świeciło jasno, rażąc ją w oczy. Dziewczyna wstała powoli, rozglądając się dookoła. Była na wielkiej, zielonej polanie, na której rosły stokrotki i mlecze. Z jakiegoś powodu to miejsce wydało jej się znajome. Odnosiła wrażenie, że już się jej to śniło. Ale jeśli jest to ten sam sen co ostatnio, to na polance powinien pojawić się… Biały królik. Gdy tylko pomyślała o zwierzątku, pojawiło się ono w zasięgu jej wzroku, ubrane w czerwoną kamizelkę i z zegarkiem w ręce.
- Jesteśmy już bardzo spóźnieni!
Królik zaczął kicać dość szybko w kierunku lasu, więc dziewczyna postanowiła podążyć za nim. Na początku biegła dość wolno, jednak gdy królik zniknął jej sprzed oczu, przyspieszyła. Po krótkiej chwili biegła przed siebie tak, jakby od tego zależało jej życie. Przed oczami, gdzieś w krzakach, mignął jej biały ogonek królika, skierowała się więc w tamtą stronę, chcąc go dogonić. Była zmęczona pościgiem, ale nie zatrzymała się. Biegła dalej, potykając się o kamienie i gałęzie drzew. Nawet nie zwracała uwagi na otoczenie; najważniejszym było teraz złapanie białego królika. Przecież nie mógł jej znowu uciec… Dotarła w końcu do skraju lasu, nad wąwóz. Stworzonko nie miało już gdzie uciec, spoglądało więc przerażone na dziewczynę. Ona zaś pochyliła się, wyciągnęła ręce, już go prawie chwyciła…
- Alicjo! Obudź się, jesteśmy już na miejscu! – dziewczyna natychmiast otworzyła oczy, gdy usłyszała wołanie matki. Westchnęła cicho, przecierając zaspane oczy. Znów śniła się jej ta dziwna historia i znów nie została ona dokończona. Ostatnimi czasy miała ten sen prawie co noc, ale nigdy jeszcze nie udało jej się w nim złapać białego królika. Dziwnym było to, że w ogóle śniło jej się coś takiego; była przekonana, że już z tego wyrosła…
Alicja Liddell była osiemnastoletnią dziewczyną o długich, sięgających pasa blond włosach, niebieskich oczach i dość szczupłej sylwetce. Była osobą bardzo miłą, przyjacielską, miała duże poczucie humoru, ale była nieco dziecinna i straszny był z niej leń. Do tej pory mieszkała z rodzicami i siostrą w wielkim domu na wsi, ale rodzice, w poszukiwaniu lepszych warunków do życia postanowili, że lepiej będzie się przeprowadzić do miasta. Zresztą, nie do byle jakiego miasta – przeprowadzali się do Londynu. Alicja nie była zachwycona tym pomysłem. Lubiła swój dom, swoich przyjaciół oraz ciszę i spokój panujące w tamtejszych okolicach. Londyn? Nigdy tam nie była, ale nastawiona była dość negatywnie; ciężko było jej nagle zmienić warunki.
- Czemu nie mogliśmy zostać…? – powiedziała cicho, ale tak, by wszyscy w powozie ją usłyszeli. Jej ojciec, Henry Liddell, westchnął ciężko.
- To nam wszystkim wyjdzie na dobre, Alicjo, możesz mi zaufać. Nareszcie będę miał odpowiednie miejsce do pracy, twoja mama będzie świetnie prowadziła swój zakład, a i ty znajdziesz pewnie wiele koleżanek i jakiegoś odpowiedniego mężczyznę – powiedział, spoglądając na córkę. – Zobaczysz, będzie dobrze. Musisz się tylko przyzwyczaić do nowych warunków.
Dziewczyna mruknęła coś pod nosem, obracając się w stronę okna. Jechali właśnie brukowaną ulicą, mijając różne budynki: sklepy, domy, warsztaty, restauracje… Alicja z zaciekawieniem przyglądała się widokom. A więc tak wyglądał Londyn? Zatłoczony, brudny, ale i z niezwykłym rodzajem piękna. Było coś intrygującego w plątaninie uliczek, kolorowych szyldach zapraszających do skorzystania z różnych usług oraz ludziach – mieszaninie bogaczy: kobiet w wymyślnych sukniach, mężczyzn w eleganckich strojach oraz biednych, żebraków i bezrobotnych, w podartych ubraniach, zdanych na łaskę innych. Dla Alicji był to nowy świat, a odkrywanie go mogło być naprawdę zabawne. Nagle Londyn, przed którym się tak broniła, stał się dla niej czymś interesującym i wartym poznania. Chociaż wciąż chciała wrócić do starego domu, perspektywa mieszkania w nowym miejscu przestała być tak przerażająca.
W końcu powóz podjechał pod budynek z cegły wysokim na dwa piętra, z szerokimi drzwiami i schodkami prowadzącymi do nich. Alicja wyszła z dorożki, poprawiając sukienkę i rozglądając się dookoła. Na ulicy było głośno, mimo tego, że był już wieczór. Wzdłuż drogi paliły się latarnie, oświetlając wszystko wokół. Dziewczyna wstrzymała oddech, zachwycona widokiem światła lamp. To, co widziała, wydawało jej się magiczne, zupełnie nierzeczywiste. Dokoła niej było tyle dźwięków, tyle kolorów, tyle obrazów, że z trudem docierały do niej poszczególne rzeczy. Miasto zachwyciło ją. Było cudowne.
Dopiero słysząc wołania rodziców, otrząsnęła się i weszła za nimi do nowego domu. W małym, okrągłym przedpokoju zdjęła swoje buty i powiesiła płaszcz. Niepewnie spojrzała na swojego ojca, który z uśmiechem skinął głową, przyzwalając jej na zwiedzanie ich nowego mieszkania. Alicja od razu pobiegła do salonu, rozglądając się po nowym otoczeniu. Pierwsze rzuciły jej się w oczy wielkie okna z jasnymi zasłonami, które kontrastowały z ciemną czerwienią ścian. Przed nimi, na środku pokoju stał stół, długi i szeroki, z zestawem dziesięciu pięknie rzeźbionych krzeseł. Dziewczyna od razu sprawdziła ich wygodność, a gdy stwierdziła, że są w porządku, kontynuowała podziwianie salonu. Po prawej stronie znajdował się kominek, kilka szafek ozdobionych malowanymi kwiatami, Przed kominkiem rozłożone były fotele i kanapy, stojące na dywanie, zaraz obok nich znajdował się  wielki czarny fortepian, błyszczący się w świetle kryształowego żyrandolu. Alicja była zachwycona – już wiedziała, gdzie będzie spędzać wieczory z rodziną.
Opuściła salon wchodząc przez drzwi do ogromnej kuchni połączonej ze spiżarnią. Przejrzała całe zapasy, przeszukała szafki i wyszła z powrotem do przedpokoju. Gdy już miała pobiec po schodach na drugie piętro, została zatrzymana przez swoją matkę.
- Nie pędź tak! Na górze znajduje się nasza sypialnia, pokój gościnny, łazienka i twój pokój. Zaraz naprzeciw schodów jest nasza sypialnia i bardzo bym prosiła, żebyś tam nie zaglądała, dobrze? – spytała, uśmiechając się do córki.
- Oczywiście – odparła Alicja i już miała odejść, gdy nagle odwróciła się z powrotem do swojej matki i spojrzała na nią z niedowierzaniem. – Mam własny pokój? I łazienkę?
- Zobacz sama. Tylko nie biegnij po schodach, coś sobie zrobisz!
Alicja przestała słuchać. W sekundę znalazła się na piętrze i od razu skierowała się na lewo. Długi korytarz prowadził do trzech różnych pokojów. Ostatni z nich, na samym końcu miał białe drzwi i wymalowane błękitne kwiaty. Dziewczyna natychmiast znalazła się przy nich i decydowanie je otworzyła, wchodząc do pomieszczenia. Było całkiem duże, z dwoma dużymi oknami, białymi jak drzwi, jasno-niebieskimi ścianami i jasną, drewnianą podłogą. Była w nim duża szafa, łóżko z baldachimem, w którym spokojnie zmieściłyby się dwie osoby, niewielka toaletka z lustrem w pozłacanej oprawie, stolik z krzesłem, półka z książkami… Przez moment Alicja zastanawiała się, czy nie trafiła przypadkiem do pokoju gościnnego, ale po otworzeniu szafy była już przekonana, że to jest jednak jej sypialnia. Jej własny pokój.
Było tam wszystko, czego mogła potrzebować: w szafie były wszystkie jej ubrania, w toaletce ulubiona biżuteria, na półkach baśnie i inne książki, które czytała już wiele razy. Jednak ten pokój wyglądał o wiele lepiej, niż ten, w którym mieszkała poprzednio. Tamten był przede wszystkim pokojem dla dzieci, który musiała dzielić ze swoją starszą siostrą, Edith. Mimo tego, że jej siostra wyjechała dawno temu ze swym mężem, pokój w którym mieszkały zawsze był w niedogodnym miejscu – nie miał drzwi, często służył za bawialnię i nigdy nie można było pobyć chwilę w samotności. Ale teraz? Pełna prywatność, pełna wygoda. Nareszcie mogła robić to, co chciała, bez żadnych przeszkód.
Niechętnie opuściła pokój, jednak wiedziała, że tylko by się męczyła zamknięta w nim, skoro jeszcze nie sprawdziła wszystkich pomieszczeń. Drzwi najbliżej jej pokoju prowadziły do pokoju gościnnego. Nie był on bardzo wielki i znajdowało się w nim tylko łóżko i szafa, nic poza tym. Alicja natychmiast wyszła, nie znajdując nic ciekawego i skierowała swoje kroki do pokoju, który ciekawił ją najbardziej. Otworzyła drzwi i weszła do łazienki. Był to mały pokój z drewnianą podłogą i miedzianą wanną. Koło wanny znajdowała się niewielka szafeczka z gąbkami i mydłem w środku.  Na ścianie wisiało piękne lustro, po lewej jego stronie wisiały ręczniki. Dziewczyna z zachwytem odkrywała wyposażenie pokoju.
- Mamy wannę! – wykrzyknęła, zbiegając ze schodów i udając się do salonu, gdzie siedzieli jej rodzice. – Już nie będę się kąpać w rzece?
- Nie ma tu za bardzo gdzie, Tamizy nie polecam – zaśmiał się jej ojciec. – Jesteśmy w mieście, już sobie możemy pozwolić na luksus.
- Wspaniale! – dziewczyna była naprawdę ucieszona. – Mogę wziąć kąpiel?
- Nie dzisiaj, kochanie – odparła matka, prowadząc dziewczynę do przedpokoju. – Może jutro lub pojutrze, czekamy na razie na służbę. Powinni się tu zjawić za niedługo.
- Służba? – Alicja nie mogła uwierzyć własnym uszom. – Będziemy mieć służbę?
- Nie ekscytuj się tak, to nie przystoi damie. Tak, będziemy mieć służbę. Niewiele, ale jednak…
Alicja uśmiechnęła się radośnie i przytuliła matkę.
- Jest wspaniale! Możemy tu zostać, naprawdę!
- No popatrzcie państwo, jak ją łatwo przekupić… Idź już na górę, późno jest. Powinnaś już spać, Alicjo. Jutro będziesz odkrywać Londyn, w porządku?
- Oczywiście. Dobranoc, ojcze. Dobranoc, matko – dziewczyna dygnęła, wciąż się uśmiechając i wróciła do swojego pokoju. Zamknęła drzwi na klucz i z okrzykiem radości rzuciła się na łóżko. Tak bardzo bała się Londynu, a okazało się, że przynajmniej jak na razie wszystko jest pięknie. Ma własny pokój, łazienkę, cudowny salon, a za niedługo nawet służącą! Niezależnie od tego, jak wyglądało miasto, dom bardzo jej się podobał.
Wyciągnęła się na miękkiej pościeli, patrząc na rozpościerający się nad nią błękitny baldachim. Mimo wszystko tęskniła za starym domem. Tam spędziła całe osiemnaście lat swojego życia, tam dorastała, tam odkrywała świat wybierając się na długie wycieczki po okolicy lub po prostu leżąc w trawie przez całe dnie, patrząc w błękitne słońce. Lubiła wtedy przenosić się do Krainy Czarów – zasypiała zwykle, znużona brakiem zajęć ciekawszych niż czytanie książek Edith, które zresztą nie miały obrazków i polana, na której zasnęła, zmieniła się nagle w przepiękne miejsce pełne dziwnych roślin i stworzeń, absurdalnych praw i zasad, powiększająco-zmniejszających grzybów, ciasteczek i napojów… Alicja uwielbiała Krainę Czarów, ale im starsza była, tym rzadziej do niej wracała. Miała już o wiele więcej obowiązków jako osoba dorosła i zwyczajnie brakowało jej czasu, żeby zajmować się bujaniem w obłokach. Żałowała tego bardzo, bo była typową marzycielką, ale niestety nie wszystkie zachowania były akceptowane u kobiety w jej wieku. Kobiety. Alicja nie cierpiała samego tego słowa. Nie cierpiała bycia dorosłą, bo tak naprawdę nigdy nie przestała być dzieckiem. Nie cierpiała także faktu, że Kraina Czarów stawała się coraz bardziej odległa i zapomniana. Nic nie mogła z tym zrobić, co więcej, ostatni sen o gonitwie za Białym Królikiem tylko wzmógł jej tęsknotę do wyimaginowanego miejsca. Być może to miał być znak? Być może nie mogła go złapać, bo miał on obrazować jej ulatniające się dzieciństwo?
Alicja westchnęła, schodząc z łóżka. Przebrała się w koszulę nocną, po czym podeszła do stolika, na którym stała świecąca się jasno świeczka. Wyciągnęła z podręcznej torebki notes, oprawiony w skórę, otworzyła go na niezapisanej stronie i zaczęła pisać:

Dzień pierwszy.
Tęsknię za domem. Nie miałam okazji zobaczyć Londynu z bliska, ale od jutra zacznę go dokładnie zwiedzać. Nowy dom przepiękny, jednak muszę się do niego przyzwyczaić. Mamy własną łazienkę, a ja śpię w osobnej sypialni! Mimo wszystkich wygód trochę mi żal. Stary dom miał… wszystko. Poza tym, musiałam opuścić moje przyjaciółki. Jestem całkiem sama w wielkim mieście. Oczywiście, będziemy utrzymywać kontakt przez listy, ale to nie to samo. Mam jednak nadzieję, że niedługo znajdę sobie odpowiednie towarzystwo.
Biały Królik śnił mi się dzisiaj. To już ósmy raz, mam ten sam sen codziennie. To musi coś oznaczać, ale jeszcze nie wiem co. Stracone dzieciństwo? Powrót do Krainy? Oh, tak bardzo za tym tęsknię.

Z cichym westchnięciem odłożyła notes. Stała chwilę, z uśmiechem wspominając dawne czasy, po czym zdmuchnęła świeczkę i położyła się do łóżka. Ułożyła się wygodnie i nie musiała długo czekać, aby usnąć snem kamiennym. A sen szybko zmienił się w kicającego przez polanę Białego Królika, który z okrzykiem „Jesteśmy tak bardzo spóźnieni!” ponownie uciekł Alicji, znów nie dając się złapać.

***
Minął miesiąc, odkąd Alicja przeprowadziła się do Londynu. Caroline, jej służąca, była w sumie jedyną z niewielu osób, z którymi dziewczyna mogła się dogadać. To nie tak, że nie miała znajomych – rodzice dopilnowali, żeby spotykała się w towarzystwie innych dam w jej wieku, żeby zorientować się w zwyczajach kobiet z miasta. Alicja uważała jednak, że jej nowe koleżanki były potwornie nudne. Już za pierwszym spotkaniem przy herbacie myślała, że najzwyczajniej w życiu przyśnie przy fascynujących rozmowach na temat najnowszych strojów i tego, jak wiele pieniędzy mają ich ojcowie i na co mogą je wydawać. Dobrze, tamta ma własną stajnię z pięcioma końmi arabskimi, na których nie jeździ, bo przecież nie będzie się brudziła. Tamta ma dwadzieścia sukien na bal, ale używa tylko piętnastu, bo w resztę się nie mieści, ale przecież są piękne! Gdy nadszedł czas, żeby wypowiedziała się Alicja, niestety nie miała zbyt wiele do powiedzenia. Nie zamierzała jednak kłamać, więc okrężnie powiedziała, że jej ojciec pracuje jako pisarz, ale pod pseudonimem i niestety nie może im nic więcej o nim powiedzieć. W sumie, ani trochę nie skłamała, jednak powiedziała to w taki sposób, żeby jej ojciec wydał im się zamożnym artystą, który na swoich książkach zarabia fortunę. Prawda była taka, że dwie jego wcześniejsze powieści, mimo dobrej sprzedaży nie przyniosły mu większej sławy. Głównie utrzymywał się z wyrabiania butów, które zresztą sprzedawał w sklepie własnej żony. Matka Alicji pracowała bowiem jako krawcowa i szyła głównie suknie. Trzy czwarte szafy dziewczyny składało się z sukien uszytych właśnie przez jej mamę. Alicja nigdy nie narzekała, była wręcz zachwycona umiejętnościami, jakimi posługiwali się jej rodzice. Teraz jednak, kiedy słyszała o bogatych rodzinach swoich przyjaciółek zaczynała się zastanawiać, czy dobry kunszt jest aby na pewno jedyną rzeczą, która może zapewnić pieniądze.
Koleżanki miały jeszcze jedną irytującą cechę – strasznie lubiły mówić o chłopakach. Największą ironią było to, że połowa z nich nigdy nie zamieniła chociażby słowa z innym mężczyzną, ale lubiły marzyć, bazując głównie na własnych fantazjach żywcem wziętych z książek, że kiedyś ich rycerz na białym koniu z czarującym uśmiechem zabierze je do pięknego pałacu i będą żyli długo i szczęśliwie. Alicja natomiast nigdy się nawet nie interesowała chłopakami, bo w głowie nie siedziała jej wielka miłość. Czuła się jeszcze jak dziecko i nie miała zamiaru z tego rezygnować. Chłopcy… Nie, Alicja prawie nie różniła się od reszty dziewczyn w tym gronie, jeśli chodzi o kontakty z płcią przeciwną. Nie miała okazji, a rozmowy z mężczyznami bez towarzystwa opiekunki, służącej albo najlepiej przyzwoitki były karygodne i niedopuszczalne u młodych dam, jeśli miały one zachować czystość i niewinność. Co prawda rodzice nalegali, żeby Alicja chociaż spróbowała poszukać sobie przyszłego męża na przyjęciu lub gdzieś w salonie spotkań, bo jeśli przynajmniej nie spróbuje, będą zmuszeni znaleźć jej męża osobiście. Alicja nienawidziła chociażby o tym myśleć, ale wiedziała, że prędzej czy później będzie musiała kogoś znaleźć. Okazja trafiła się pewnego wieczoru, kiedy razem z resztą dziewczyn siedziała na kolejnym spotkaniu.
- Liddell, zdecydowałyśmy, że wybierzemy się do teatru na nowe przedstawienie. Czy zechciałabyś pójść z nami? – powiedziała Emily, córka jakiegoś lorda. Była chyba najbogatsza z grupy, dlatego uważała, że może nią rządzić, nie pytając się nikogo o zdanie.
- Oczywiście, jeśli idziemy grupą – odparła znudzona. Szczerze mówiąc, zgodziłaby się na wszystko, co zaproponowałyby jej koleżanki, bo jak się przekonała drugiego dnia, kiedy prawie wpadła pod dorożkę, ulice Londynu były zbyt zatłoczone i niebezpieczne, żeby mogła chodzić sobie po nich beztrosko. W domu nie było za wiele do roboty, a żeby dostać się w jakieś ciche miejsce w tym mieście, musiałaby naprawdę dobrze szukać.
- Wspaniale, zobaczymy się więc pod moim domem, jutro o szesnastej. Dziękuję za miłe spotkanie.
Alicja niechętnie przytuliła każdą dziewczynę z osobna, z szerokim uśmiechem się z nimi żegnając. Jak zwykle odetchnęła ciężko, wychodząc z salonu spotkań. Nie mogła powiedzieć rodzicom, że chętniej pilnowałaby dzieci sąsiadki, niż przebywała z tymi zapatrzonymi w siebie pannicami, ale im dłużej z nimi przebywała, tym większą miała ochotę wrócić do starego domu. Nie było dużo dzieci w okolicy, ale dwie dziewczynki i chłopczyk z domu niedaleko zapewniliby jej lepszą zabawę, niż te głupie herbaciane spotkania, które musiała znosić. Niestety, nie zapowiadało się, żeby przestała na nie chodzić. Szczególnie, że rodzice po zaledwie jednej rozmowie z jej nowymi przyjaciółkami stwierdzili, że lepszego towarzystwa sobie nie znajdzie. Jak zwykle została pozbawiona możliwości wypowiedzenia się na ten temat.
Jej rodzice wyglądali na zachwyconych pomysłem wyjścia do teatru. Alicja obowiązkowo musiała założyć najpiękniejszą sukienkę z podwójną halką i gorsetem, nowe buty, perłowy naszyjnik… Jej włosy były upięte w taki sposób, że Alicja zastanawiała się, czy nie będzie zahaczać o sufit. Oczywiście nie mogło zabraknąć także perfum. Dziewczyna ledwo mogła oddychać w gorsecie i już miała wszystkiego dość. Co więcej, Caroline miała iść z nią, jako przyzwoitka. Alicja nie miała nic przeciw, bo przynajmniej będzie mogła porozmawiać z kimś normalnym, jednak obawiała się trochę reakcji jej koleżanek. Tak jak bała się ich reakcji na sukienkę, na włosy, na ogólny wygląd… Rówieśniczki wysoko postawiły poprzeczkę i Alicja czuła sporą presję, żeby im chociaż spróbować dorównać.
Kiedy w końcu była już gotowa, wraz z Caroline opuściła swój dom. Ledwo szła w niewygodnym stroju, w którym zresztą czuła się okropnie. Gdzie podziały się sukienki z fartuszkami, w których biegała po łąkach i plotła wianki nad rzeką? Tak bardzo chciała do tego wrócić. Wolała zostać wiecznym dzieckiem, niż dzień w dzień znosić te dziwaczne ubrania.
- Czemu muszę to wytrzymywać? – mruknęła niezadowolona, widząc dom Emily. – Te dziewczyny są tak puste, że to aż niemożliwe.
- Spokojnie, musi się panienka przyzwyczaić – odparła Caroline. – Może dziś w teatrze wpadnie panienka na jakiegoś miłego, przystojnego mężczyznę? Dobry mąż i będzie mogła panienka zapomnieć o tym nudnym towarzystwie.
- Tylko ile jeszcze? Nienawidzę tego miasta.
- Tego jeszcze panienka nie wie. To miasto jest wielkie i chyba nikt jeszcze nie odkrył wszystkich jego tajemnych zakamarków.
Alicja spojrzała na służącą. Na pewno miała rację, z racji tego, że żyła w tej metropolii o wiele dłużej, jednak dziewczyna wątpiła, czy z takimi przyjaciółkami uda jej się odkryć chociażby kawałek Londynu. A z wielką chęcią odkryłaby tajemne zakamarki londyńskich ulic i uliczek.
Znowu to samo nudne przywitanie i wymiana sztucznych uśmiechów. Alicja zastanawiała się, czy te dziewczyny naprawdę cieszą się ze swojego towarzystwa, czy obmawiają się wzajemnie zaraz po skończonym spotkaniu. Zakładała drugą opcję, ale jednak wolała nie wiedzieć, czy miała w tej sprawie rację. Pozostawała znacznie szczęśliwsza, gdy nie miała pojęcia o tym, co mówią za jej plecami. Zresztą sama nie była święta – może o nich nie rozmawiała, ale to, co sobie myślała raczej nie spodobałoby się jej koleżankom.
Emily jak zwykle szła przodem, otoczona wianuszkiem wpatrzonych w nią dziewcząt. Alicja wraz z Caroline wlokła się gdzieś z tyłu, jednak na tyle blisko, żeby wydawało się, że bierze udział w rozmowie. Tak naprawdę rozglądała się wokół, podziwiając zatłoczone ulice Londynu. To miasto nie przestawało jej fascynować, mimo tego, że nie miała tu pola do zabaw. Może to przez jej wrodzony dar do dostrzegania piękna we wszystkim? Co prawda serce jej ściskało na widok schorowanych bezdomnych lub ich martwych ciał na chodniku, którym nie mogła pomóc, choćby przez wzgląd na etykietę. Jednak wielka stolica miała też dużo dobrych cech. Alicja mogła ujrzeć wiele wspaniałych strojów chociażby tylko wychodząc na zewnątrz. Fascynowały ją wystawy sklepowe, architektura budynków, zwyczaje ludzi, światła ulicy… Nawet dorożki, które nie zawsze jechały z odpowiednią prędkością były piękne. Było tu tyle rzeczy, których dziewczyna nie mogła zobaczyć na wsi, w okolicy jej starego domu, naturalnym więc było, że interesowała ją każda odmienność.
Nie zajęło więc jej wiele czasu, by zauważyć, że z zatłoczonych, kolorowych ulic dziewczęta skierowały się do dzielnicy, która dość się różniła. Wystawy sklepowe powoli ustępowały straganom kupieckim z niezbyt urodziwymi sprzedawczyniami, tłum ludzi zniknął, od razu kreując dziwną atmosferę pustki, a zapachy miasta: pieczywa, jedzenia i drogich perfum bogatych mieszczan szybko przeszły w niemiły odór ścieków i dymu z fabryk. Alicja z zainteresowaniem jak i ze strachem obserwowała otoczenie. Ulica znacznie zwęziła się i blondynka mogła dostrzec wiele odchodzących z niej mniejszych uliczek. Ludzie, którzy tędy przechodzili, byli głównie biedakami, próbującymi jakoś zarobić na życie oraz robotnikami, którzy pracowali w pobliskich fabrykach. Można było dostrzec także grupki dzieci w brudnych ubraniach, często numerami na koszulkach. Alicja natychmiast podeszła do reszty grupy i szturchnęła jedną z dziewczyn, znaną pod imieniem Joanna.
- Co to za dzieci? – powiedziała półgłosem. – Nie powinny się samotnie wałęsać w takim miejscu.
- Widać, że jesteś tu nowa – mruknęła niezbyt przyjaźnie, patrząc krytycznie na Alicję. – Idziemy tędy tylko dlatego, że tak jest szybciej, to dość niebezpieczna dzielnica miasta. Mieszkają tu zwykle najbiedniejsi. No i oczywiście sieroty. Mieszkają w Domu Dla Krnąbrnej Młodzieży Houndsditch. Lepiej trzymaj się z daleka od całej tej ulicy.
Joanna przyspieszyła, dosadnie pokazując, że na tym kończy rozmowę. Alicja tylko westchnęła poirytowana. Szczerze ich nienawidziła. Miała ochotę zrobić dziewczynie na złość i zaproponować dzieciom wspólną zabawę. Oczywiście nie miała pojęcia, czy nie odrzucą jej propozycji, ale zdecydowanie wolała to, niż użerać się z Joanną, Emily i resztą. Przez chwilę nawet ją to kusiło, ale szybko zrezygnowała z zamiaru, widząc minę Caroline. To ona miałaby kłopoty, jeśli Alicja nie zachowa się tak, jak należy. Uśmiechnęła się tylko do służącej i podążyła za grupą.
Nagle grupka skręciła, trafiając na całkiem szeroką i nie tak brudną część dystryktu. Większość budynków wyglądała całkiem dobrze, chociaż i tak nie mogły równać się z resztą Londynu. Alicja z zachwytem spojrzała na jeden z nich, znajdujący się zaraz po jej prawej. Był bardzo ładny, brązowy z białymi elementami w ramie drzwi i okien oraz przy ozdobnych kolumnach. Był to jeden z ładniejszych budynków  na tej ulicy. Gdy tylko podeszły bliżej czarnej, odgradzającej budowlę od ulicy bramy, Alicja mogła przeczytać napis głoszący, że jest to właśnie Dom Dla Krnąbrnej Młodzieży Houndsditch. Natychmiast rzuciła jej się w oczy osoba, siedząca na schodach przed nim. Była to młoda dziewczyna, mniej więcej w wieku Alicji, o ciemnych włosach i bladej cerze, ubrana w czarną spódnicę i pasiastą koszulkę, które częściowo przysłaniał przybrudzony, niegdyś biały fartuch. Dziewczyna chowała twarz w dłoniach i gdy tylko uniosła głowę do góry, opuszczając ręce, Alicja mogła ujrzeć najsmutniejsze i najpiękniejsze oczy, jakie w życiu widziała. Sierota spojrzała na nią z ciekawością i dziwnym strachem wymalowanymi na twarzy. Alicja przystanęła, zaintrygowana. W tej dziewczynie było coś… niezwykłego. Coś, co wręcz przyciągało blondynkę, niczym magnes.
- Alicjo, nie powinnaś się zatrzymywać – zwróciła jej uwagę Joanna, także się zatrzymując. Wołana jednak kompletnie zignorowała upomnienie. Zrobiła krok do przodu, by przywitać się z nieznajomą. Dlaczego była tak smutna? Co ona tu robi? Jaka jest jej historia?
- Alicjo, nie będziemy czekać – tym razem usłyszała głos samej Emily. Chciała odkrzyknąć, że za chwilę do nich dołączy, ale zauważyła, że ciemnowłosa wstaje i wolnym krokiem wchodzi do sierocińca. Miała ochotę za nią krzyknąć, ale powstrzymało ją szarpnięcie za ramię. Natychmiast się odwróciła i zobaczyła przed sobą Caroline.
- Panienko, nalegam, żebyśmy już szły.
Alicja tylko skinęła głową i podążyła za grupą, nie zatrzymując się już. Jednak obraz zielonych, przepełnionych smutkiem oczu nieznajomej dziewczyny nie chciał zniknąć z jej pamięci przez resztę dnia.